maj 2007


To dość świeży rządowy projekt, ale z dużym prawdopodobieństwem niedługo zacznie obowiązywać. Warto więc przyjrzeć mu się dokładniej i poznać opinie na temat jego wprowadzenia.

Znalazłem swego czasu na jednym z portali ciekawą wypowiedź internauty, która w dużym stopniu pokrywa się z moim własnym spojrzeniem na tę sprawę. Fragment tej wypowiedzi cytuję poniżej:

„(…)jest to zasada łamiąca zasadę sprawiedliwości. Dlaczego ktoś mając 0,5 promila i prowadząc Opla Kadetta wartego 7 tys. zł miałby płacić 7 tys. (lub 3,5 jeśli wspólwłasnośc), a ktoś kto popełnił TAKIE SAMO przestępstwo (0,5) i jechałby autem wartym 50 tys. mialby zapłacić duzo więcej niż właściciel Kadetta? To tak jakby komuś za przechodzenie na czerwonym dać 100 zł, a drugiemu 1000, bo miał ładną marynarkę, sztukę nówkę. Czy to aby nie łamie konstytucyjnej zasady równości wobec prawa? Poza tym, ktoś może jechać po pijaku nieswoim samochodem, wartym dużo więcej niż możliwości finansowe kierowcy. I co wtedy? Jak ma się ta proporcjonalność do racjonalności? Niby kara ma być proporcjonalna, a może się okazać, że będzie zupełnie nieprzystająca do zarobków kierowcy.
Z pijaństem motoryzacyjnym trzeba walczyć, ale walcząc nie można zapominać o rozumie, którym ta walka powinna się kierować. Tu o rozumie zapomniano. Gra pod publiczkę. A diabeł się cieszy…

Całość wypowiedzi znaleźć można tutaj: http://wiadomosci.onet.pl/1,15,11,29857616,81802199,3768294,0,forum.html

Trudno nie zgodzić się z powyższą opinią – podstawowy problem tego projektu polega na braku równości wobec prawa. Nie może być tak, że za to samo wykroczenie, w porównywalnych warunkach, jedna osoba otrzymuje karę surowszą (i to wielokrotnie) od drugiej. Jeśli podlega to tej samej klasyfikacji prawnej, powoduje takie samo zagrożenie dla innych i generalnie – JEST tym samym wykroczeniem – to żadne tłumaczenie o zasadności różnej wysokości kary nie jest tutaj właściwe. Poza tym obywatele muszą mieć pewność odnośnie wysokości kary za określone przewinienia i nie można również dopuścić do sytuacji takiej, że w zależności od dodatkowych okoliczności może ona być aż tak dalece różna

To tak, jak gdyby przekroczenie prędkości maluchem było karane w stopniu mniejszym (lub większym – według uznania) od zrobienia tego samego Mercedesem. Choć nawet tu jeszcze znaleźć można by na to uzasadnienie – maluch jest lżejszy i tym samym może (teoretycznie) spowodować mniejsze szkody, więc stanowi mniejsze zagrożenie (a z drugiej strony Mercedes ma zdecydowanie lepsze hamulce, więc prawdopodobieństwo wystąpienia tej szkody się zmniejsza – można tak w kółko). W przypadku jazdy po pijanemu – nawet gdyby doszukiwać się takiej zależności – to na pewno wartość samochodu nie przekłada się w żaden możliwy do udowodnienia sposób, na zagrożenie, które sprawia on na ulicy. A jeśli już, to zależność byłaby tu raczej odwrotnie proporcjonalna, bo duża część tańszych samochodów jeżdżących po polskich ulicach to ‘stare rupiecie’, które już same w sobie stanowią zagrożenie dla innych użytkowników drogi.

Nie da się więc znaleźć racjonalnego uzasadnienia nowego pomysłu karania pijanych kierowców. Oczywiście – takich trzeba karać – ale ponownie wracamy tu do kwestii, która wydaje się ciągle nie być przez rządzących zauważana. To nie wysokość kary, ale jej nieuchronność wpływają na zmniejsznie liczby popełnianych przestępstw/wykroczeń. Można zwiększać kary w nieskończoność, ale dopóki poniesienie konsekwencji będzie traktowane bardziej jako pech niż nieuchronność, tak naprawdę nic to nie zmieni. A główną przyczyną drastycznie wysokiej śmiernetlności na polskich drogach cały czas pozostają przede wszystkim one same. I ich nieustannie tragiczny stan..

Na koniec inny cytat, który dobrze podsumowuje powyższe rozważania (tym razem wzięty stąd: http://wiadomosci.onet.pl/1,15,11,30499748,83349877,3812491,0,forum.html ):

Jeśli pijaczek jedzie własnym maluchem – kara wynosi 300 zł. Jedzie pożyczonym mercedesem – 300 000. Zaprawdę, prawe to i sprawiedliwe.

Nic więcej dodać..

andjoz9

Pisałem ostatnio (patrz: „Komentarz J. Kaczyńskiego w sprawie publikacji wyroku TK (o lustracji)” – http://andjoz9.wordpress.com/2007/05/16/komentarz-j-kaczynskiego-w-sprawie-publikacji-wyroku-tk-o-lustracji/) na temat skandalicznych prób niedopuszczenia do zajęcia się ustawą lustracyjną przez Trybunał Konstytucyjny, a następnie dodatkowym działaniom mającym na celu opóźnienie publikacji orzeczenia w tej sprawie. Chciałbym jeszcze dodać do tego komentarz Pana Waldemara Gontarskiego (dyrektora Centrum Ekspertyz Prawnych przy Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa w Warszawie) obrazujący, jakie konsekwencje te działania mogły spowodować.

Poniższy cytat stanowi fragment wywiadu umieszczonego w Angorze nr 20/2007, na str. 11-12:

„(…) Jednak dopiero teraz wyraźnie widać, na jak wielkie niebezpieczeństwo wystawił nasze państwo marszałek Sejmu Ludwik Dorn, próbując odroczyć rozprawę Trybunału i przedłużyć termin wydania wyroku. Gdyby Trybunał wydał prawomocne orzeczenie na przykład w lipcu, to przez ten czas na mocy ustawy lustracyjnej mogliby zostać zwolnieni z pracy wszyscy, którzy nie złożyli oświadczeń. Później, po uchyleniu przez Trybunał niekonstytucyjnych fragmentów ustawy, każdy zwolniony na podstawie takiego przepisu mógłby dochodzić odszkodowania, co gwarantuje artykuł 417-1 kodeksu cywilnego. Ponieważ lustracji miało podlegać ponad pół miliona osób i 90 proc. z  nich nie złożyło dotychczas oświadczeń lustracyjnych, można przypuszczać, że poszkodowanych byłyby dziesiątki, a może setki tysięcy. Sumę odszkodowań liczono by w miliardach złotych, a sądy zostałyby sparaliżowane lawiną pozwów. Można więc powiedzieć, że próbując przedłużyć postępowanie przed Trybunałem, marszałek Dorn, świadomie lub nieświadomie, chciał „podpalić” Polskę. „

Nawet jeśli powyższą wypowiedź miejscami można uznać za przesadzoną, jednoznacznie pokazuje, jak negatywne konsekwencje mogły mieć opisane przeze mnie ostatnio działania rządu. Tym bardziej przykry jest fakt, że w ogóle miały one miejsce..

andjoz9

Nie chcę tutaj komentować każdej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, jednak ta dotycząca stanu przygotowań do Euro 2012 wygłoszona kilka dni temu, jest warta odnotowania. Miała ona mniej więcej następującą treść:

Co nagle to po diable, gdzie się człowiek spieszy, tam się diabeł cieszy

pozostała część była w podobnym tonie. Powiem szczerze, że kiedy to usłyszałem, miałem poważne wątpliwości czy premier do końca zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Mogę zrozumieć, że miało to być usprawiedliwienie braku jakichkolwiek informacji na temat postępów w przygotowaniach (mimo, że takie powinny się regularnie pojawiać), ale nie jest to wystarczające wyjaśnienie. Bo nawet jeżeli te przysłowia są trafne, to akurat w tym wypadku brak pośpiechu jest najgorszą rzeczą, na jaką możemy sobie pozwolić. Oczywiście wszystko musi zostać przemyślane i przygotowane z głową, jednocześnie jednak o presji czasu w żadnym momencie nie można zapominać. I tłumaczenie, że przecież nie możemy się spieszyć, bo mamy jeszcze 5 lat (to również zostało powiedziane), jest w tym momencie.. po prostu głupie…

Mam jednak nadzieję, że te słowa nie były przemyślane i przygotowania
jednak są sprawnie prowadzone. Jednocześnie jednak obserwując inne
działania członków komitetu przygotowawczego, mam co do tego
bardzo poważne wątpliwości…

andjoz9

W Newsweek-u nr 20/2007   zamieszczony został artykuł na temat Janusza Biziuka – człowieka, który wydał niepisaną walkę łamaniu Konstytucji i nierespektowaniu praw jednostki. Powołując się na Konstytucję wygrał już rozprawy zarówno przed Sądem Najwyższym, Trybunałem Konstytucyjnym, a także w Strasburgu. Doprowadził już do zmiany jednej wadliwej ustawy, teraz walczy o kolejne. Artykuł zrobił na mnie duże wrażenie, ponieważ bardzo cenię takie osoby i ich postawy. Napisałem do Newsweek-a list z kilkoma refleksjami na temat działań Pana Biziuka. Jego fragmenty prezentuję poniżej, zachęcam również do lektury wspomnianego artykułu.


Z dużym zainteresowaniem przeczytałem umieszczony w ostatnim Newsweek-u artykuł na temat Pana Janusza Biziuka. Jego postawa, działania i siła do nieustannego zmagania się z oporem “materii” (którą tutaj nie jest niestety prawo samo w sobie, ale osoby, które powinny je respektować) są dla mnie tym, czego w dzisiejszej Polsce przede wszystkim brakuje – pokazują, że są jeszcze ludzie, którym “się chce” – którzy mają wolę, aby dążyć do normalności – tu rozumianej, jako respektowanie podstawowych praw jednostki.Zdaję sobie sprawę, że tego typu działania i taka postawa mogą być różnie odbierane. Na pewno negatywnie przez osoby, które z Panem Biziukiem musiały się “zmierzyć”, ale także i przez zwykłych ludzi, którzy – jak zostało zauważone w tekście – uważają go po prostu za dziwaka, pieniacza. Smutne jest to, że taką etykietkę nadaje się czesto osobom, które po prostu żądają uznania swoich praw i walczą o ich respektowanie – osobom, które powinny być dla nas wzorem, a krytykowane są chyba tylko po to, aby podbudować własne ego i usprawiedliwić przed samym sobą własną bezczynność..
Bohater artykułu pokazuje jednak rzecz jeszcze dla mnie ważniejszą – udowadnia, że wspomniany wyżej opór materii można jednak przełamać – i że może to zrobić pojedynczy człowiek. Ileż to osób w dzisiejszych czasach narzeka na wszystko, ale nie podejmuje żadnych prób w celu zmiany rzeczywistości myśląc (i wierząc), że jako jednostka nic nie mogą z tym zrobić. Nie jest to przekonanie bezpodstawne – codzienne porcje medialnych doniesień utwierdzają w tym, że społeczeństwo stanowi raczej zbiór pojedynczych, słabych obywateli, a nie zjednoczoną siłę, która może skutecznie przeciwstawić się niesprawiedliwości. I choć ostatecznie okazuje się to nieprawdą, potwierdzenia tych przekonań pojawiają się znacznie częściej niż ich zaprzeczenia. Janusz Biziuk jest tutaj wyjątkiem – tym bardziej cennym i godnym naśladowania.
Mam nadzieję, że zamieszczony w Newsweek-u artykuł dla kilku chociaż osób stanie się bodźcem do refleksji nad taką postawą i takim zachowaniem. Każdy z nas nie raz znalazł się przecież w podobnej sytuacji – kiedy to człowiek, czy instytucja odmawiały uznania naszych podstawowych praw i wbrew elementarnym zasadom nie tylko prawnym, ale i zdrowego rozsądku podejmowały decyzje absurdalne, krzywdzące. Wtedy postawa Pana Biziuka na pewno wydawała się nam prawidłowa. Niestety spora grupa z tych samych osób często też znajdowała się “po drugiej stronie”, kiedy to już spojrzenie na tą samą sytucję ulegało dziwnej zmianie, a pojęcie etyki zawodowej (tak bardzo potrzebnej w naszym społeczeństwie) niepokojącemu zatarciu. To wtedy przede wszystkim potrzebne są osoby takie, jak Janusz Biziuk – aby przypomnieć nam, że tak naprawdę należymy do tej samej grupy i symboliczna bariera okienka urzędu, ławy sędziowskiej, czy drzwi do gabinetu może kiedyś pojawić się i przed nami. A tak naprawdę – nie powinno jej być wcale..
Są ludzie, którzy to rozumieją i stosują w życiu. Są tacy, którzy w którymś momencie życia na podstawie własnych doświadczeń również zdadzą sobie z tego sprawę. Jest jednak i grupa takich, którzy nigdy sami z siebie się nie zmienią i zawsze będą traktowali innych – ze względu na piastowane przez siebie stanowisko czy pozycję społeczną – jako gorszych, niewartych własnego czasu. Tą ostatnią postawę trzeba zwalczać – choćby poprzez wspieranie ludzi takich, jak Janusz Biziuk – którzy mają do tego odwagę. A najlepiej przyłączyć się do tego także osobiście.”

andjoz9

Jak już wiadomo orzeczenie TK w sprawie ustawy lustracyjnej zostało ostatecznie opublikowane wczoraj – 15 maja – czyli w terminie, kiedy jeszcze można było czekać i nie wysyłać oświadczeń (choć była to ostatnia już chwila). Teoretycznie więc wszystko zostało przeprowadzone prawidłowo – a dobro obywateli postawione na pierwszym miejscu (co powinno przyświecać wszelkim działaniom rządu). Czy rzeczywiście?

Przytoczę tu fragmenty wczorajszej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego:

„Nie ukrywam, że nie mam ani żadnego politycznego, ani prawnego tym bardziej zobowiązania do tego, żeby się w tym momencie spieszyć. Rzecz idzie normalnym torem (…) Pośpiech, którym kierował się tutaj Trybunał, nie dotyczy nas, my nie widzimy żadnego powodu, żeby się w tej sprawie spieszyć(…)”

Zwłaszcza podkreślony fragment jest niepokojący. Jak wyglądała cała sprawa ustawy lustracyjnej wie chyba każdy – kilkaset tysięcy obywateli czekało najpierw na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, a później na publikację orzeczenia, które to jednoznacznie miało rozwiać wszelkie wątpliwości. Gdyby jedno albo drugie przeciągnęło się po 15 maja, te osoby miałyby obowiązek dostosować się do niekonstytucyjnych przepisów – prawa, które tak naprawdę w ogóle nie powinno zostać ustalone (w takiej formie). Prawa jednocześnie wyjątkowo restrykcyjnego i miejscami uwłaczającej godności człowieka. Prawa, które karało nie tylko za rzeczywiste przewinienia, ale za sam fakt posiadania wątpliwości. Konwekwencje wejścia tych przepisów w życie byłyby dla setek tysięcy osób tragiczne – i to bezpodstawnie - wbrew obowiązującemu najwyższemu prawu.

I wiedząc to wszystko Jarosła Kaczyński mówi – „my nie widzimy żadnego powodu, żeby się w tej sprawie spieszyć”..

Można mieć różne opinie na temat ustawy lustracyjnej - nawet jej obecnej formy - ale taka postawa szefa polskiego rządu, prezesa rządzącej partii – którego podstawowym celem i kryterium działania powinno być dążenie do ogólnie rozumianego dobra obywateli kraju – jest po prostu niedopuszczalne.

To bardzo smutne, że takie rzeczy i takie postawy mają w Polsce miejsce…